Gra Play By Forum na motywach genialnego serialu Supernatural.
 
IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Kawałek pierwszego rozdziału

Go down 
AutorWiadomość
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Kawałek pierwszego rozdziału    Wto 25 Lis 2014, 22:10

Efekt mojej skromnej wizji, zaznaczam że przy pisaniu sugerowałem się bardzo mocno mapą którą zrobiłem:

- Wiecie jak było naprawdę? – Ludzie przy stole odwrócili głowy w stronę Karra – Wiecie jak było pod Bastionem?
Wszyscy w karczmie wiedzieli. Stary Karro opowiadał tą historię już dziesiątki razy, jednak większość mieszkańców miasteczka Ukamen lubiła go słuchać, bowiem zawsze wymyślał inne zakończenie. Był to jeden z niewielu sposobów spędzania wieczornych godzin, pełnych zmęczenia po całodziennej pracy, szczególnie tutaj, w okolicy pustej i nieciekawej, gdzie ludzkie domostwa otaczały lasy i równiny porośnięte zbożem, a do najbliższego miasta konno jechało się cztery dni.
- To było dopiero wydarzenie. – Kontynuował Karro. – Ogromna rzeź, która skończyła się wielkim zwycięstwem młodego króla Viloreda. Jednak tylko nieliczni wiedzą, że za jego triumfem stał ktoś inny, ktoś kto prawdopodobnie swoim geniuszem i bohaterską postawą uratował nas wszystkich. Bo nie wiadomo, co by się stało gdyby tamtą bitwę król Vilored przegrał. Świat mógłby teraz wyglądać zupełnie inaczej. – Do stołu przysiadło się kilkoro młodzików, rozmowy w Gospodzie pod Gryfim Piórem powoli ustawały. Kilku podróżnych, którzy akurat zatrzymali się tu w drodze do Varenkastu zaczęło słuchać z zaciekawieniem. Dla nich było to coś nowego. – A wszystko zaczęło się od wyjazdu ówczesnego króla Hemenu – Daemona Pokojowego do Roxus. Jak pewnie wiecie Roxus jest położone w Tranarze nad Morzem Kresowym, a więc Daemon był całkiem daleko od domu. – Karro pociągnął dwa łyki piwa ze swojego drewnianego kufla. Na jego wąsach osiadło trochę piany z napitku, którą usunął rękawem. Wszyscy nazywali go Starym Karro, jednak nie zasługiwał on w pełni na ten przydomek. Miał ledwie czterdzieści pięć lat. Tylko jego długa siwa broda, zmarszczki na twarzy i spora porcja łysiny sprawiały, że wyglądał na sześćdziesiąt.
- Daemona witano w Roxus z radością, ale żywy stamtąd niestety nie wyjechał. – Ciągnął dalej Karro – Zginął z ręki tajemniczego zabójcy, który podczas Morskiego Festynu ugodził go w serce ostrzem ukrytym w rękawie.
- Nieprawda, zamachowiec strzelił do niego z łuku. – Odezwał się jeden z młodzików.
- Z łuku? To była trucizna, broń każdego zabójcy. Daemon Pokojowy wypił ją z winem. Wszyscy to wiedzą! – Powiedział jeden z podróżników.
- Trucizna to broń kobiet, którą traktują niewiernych małżonków. A z łuku król Daemon nie mógł paść, bowiem wysoko urodzeni Morski Festyn obchodzą zawsze w zamkniętym Książęcym Pałacu. Zabójca musiał podejść do króla. – Wtrącił się Kaleb, który siedział ze skrzyżowanymi nogami w kącie, popijając zimne mleko. – Opowiastki nie są po to, aby chwytać się takich detali. Karro, kontynuuj proszę.
Ciszą wszyscy przyznali młodzieńcowi rację. Stary Karro mówił dalej.
- Na czym to ja…? Ach, tak. Śmierć Deamona Pokojowego. – Mówił nieco głośniej. – Po tym wydarzeniu jego syn Vilored od razu wypowiedział wojnę Tranarowi, gdyż według niego był to zamach zaplanowany przez tamtejszego króla. Niestety do dziś nie wiemy czy to prawda.
Karczmarz rozpoczął wzniecanie ognia w palenisku na środku gospody. Przez małe okna wpadało już coraz mniej światła z zewnątrz. Dzień dobiegał powoli końca i ustępował nocy, które w tych okolicach bywały bardzo chłodne o tej porze roku.
- Wojna była długa i krwawa. Hemeńczycy i Tranarzy nigdy nie pałali do siebie miłością. Nikt nie wiedział jak tamten konflikt się skończy. Vilored był bardzo uparty. Nie widział innego rozwiązania niż całkowite zniszczenie Tranaru. Jego doradcy odradzali mu wojnę na wyczerpanie, ale on postawił na swoim. – W tym momencie Karro zmienił swój lekko ochrypły głos na bardziej złowieszczy. – Na to właśnie czekało zło. Widma, demony, mroczne pomioty i wszelakie inne plugastwa wpełzły do naszego świata z zamiarem zniszczenia wszystkiego co żyje. Przez tajemnicze wyrwy przybyły do nas z niezliczonymi legionami sobie podobnych. Na nieszczęście krasnoludzkiemu ludowi, plugastwa pojawiły się najpierw w Górach Stalowych. Wszystkie krasnoludy mają w sobie wojowników, nawet ich kobiety, jednak tutaj waleczność nie wystarczyła. Zło zalało je ogromną liczbą. Powiadają że na jednego mieszkańca gór przypadała setka Przybyszy. Walki nie były długie. Dopiero pod Ferrum armia tajemniczych istot się zatrzymała. Lecz to nie był koniec ich inwazji.
W palenisku pojawiły się pierwsze płomienie. Ogień zaczął strzelać, drewno zaczęło się żarzyć. Cienie wszystkich obecnych zatańczyły na bladych i popękanych ścianach gospody.
Stary Karro opowiadał dalej. Większość słuchała z przejęciem. Gospoda była dość mała, dzięki czemu historia docierała do wszystkich uszu.
- Pomioty popędziły na południe, ku swojemu głównemu celowi. – Wyrysował palcem drogę na stole, tak jakby była to mapa. – Zwaśnione królestwa były osłabione wojną i stanowiły dla nich idealny cel. Pierwszą ofiarą padło miasto Shelos. Pozbawione większej ochrony, opierało się Przybyszom zaledwie kilka dni. Po tym nastąpiła masakra… największa jaką pamięta historia. – Głos Karra zrobił się ponury. – Gdy te przeklęte pomioty wtargnęły za mury, wycięły w pień połowę wszystkich mieszkańców i spaliły niemal doszczętnie całe miasto. Nie oszczędzały nikogo.
- Ogranicz nam niepotrzebnych opisów, starcze. – Odezwał się Cedric, który przed chwilą wszedł do gospody. Wiedział o czym mowa. On również słyszał tą legendę dziesiątki razy. – Przejdź do części o głównym bohaterze. Na pewno wszyscy na to czekają.
Cedric był zdecydowanie najwyższą osobą w pomieszczeniu, choć Kaleb był jego bratem, to podobieństw między nimi było bardzo mało. Ced ze swoją ciemnozłotą czupryną i intensywnie niebieskimi oczami, był przeciwieństwem Kaleba o długich czarnych włosach i brązowych oczach. Charaktery również mieli odmienne. Tylko sylwetką i wzrostem byli sobie podobni.
Gdy Cedric usiadł obok brata Stary Karro zaczął mówić dalej.
- A zatem… po zniszczeniu Shelos, które dziś znacie wszyscy pod nazwą Nowego Shelos, tajemniczy Przybysze skierowali się dalej na południe. W stronę wielkiej puszczy. Gdy król Hemenu dostał wieści o zniszczeniu stolicy, porzucił swoje ambicje i skierował wszystkie siły do twierdzy zwanej wtedy Bastionem. Jego przeciwnik, Król Hektor V, gdy dowiedział się o armii pomiotów zbliżającej się do jego granic, postanowił że zaproponuje Viloredowi zawieszenie broni i pomoc w odparciu wspólnego wroga. Ten pod naporem swoich doradców zgodził się, choć bardzo niechętnie. Myślał bowiem że sam jest w stanie odesłać Przybyszy tam skąd przyszli.
Karro zaczynał mówić z coraz większą pasją. Widać było gołym okiem, że jest w swoim żywiole. Ludzie na ogół znali tę legendę jednak nikt nie znał jej tak dokładnie jak on. Ponadto lubił on barwnie koloryzować swoje opowiastki, dzięki czemu cieszył się szacunkiem młodszego pokolenia.
- I tak dotychczasowi wrogowie stanęli u swego boku, jako sojusznicy. Los zaprawdę potrafi płatać figle. – Opowiadał dalej Karro. Większość słuchała, a w szczególności młodzież. Niektórzy się znudzili i wyszli do domów lub oddali się rozmowom. – Pozostało im czekać na nieuniknione. Przez ten czas dwaj królowie ustalali strategię. Młody Vilored miał być głównodowodzącym, z racji iż Bastion leżał na terenie Hemenu. Królowie byli pewni swojego zwycięstwa, jednak ich pewności nie podzielali żołnierze. Morale było bardzo niskie.
Wszyscy poczuli zapach grzanego miodu. Ogień w palenisku był już na tyle duży, aby dobrze oświetlić pomieszczenie. Widać było dokładnie stare dębowe drzwi wejściowe, które swoimi licznymi otarciami i rysami, sprawiały wrażenie jakby pochodziły jeszcze z Czasu Prekursorów. Ognista łuna oświetliła również popękane ściany z białej cegły i grube sosnowe pnie, podtrzymujące sufit. Pomieszczenie nie było duże, lecz dzięki temu sprawiało wrażenie bardziej przytulnego. Na środku stało pięć stołów, cztery z nich ułożone były wokół paleniska, najmniejszy zaś, stał w kącie pod oknem. Tam najczęściej grywało się w kości.
Po przeciwległej stronie znajdowało się wgłębienie w ścianie, które nie pasowało do kwadratowego kształtu pomieszczenia. Był tam spory piec z zielonych glinianych kafli, na którym karczmarz Okar i jego młoda córka Teresa przyrządzali posiłki dla swoich klientów. Nad piecem wisiała mnogość warzyw i ziół, które suszyły się w jego cieple. Kilka kroków dalej mieściły się wąskie drzwi prowadzące do piwniczki, gdzie trzymano beczki z ciemnym piwem i skrzynie z suszonym mięsem. Małą kuchnię oddzielała masywna lada z grubych desek.
- I wtedy do Bastionu przybył tajemniczy mężczyzna z kilkunastoma towarzyszami. – Zaczął Karro po chwili. – Nikt nie wiedział skąd przybywają, ale też nikt nie zastanawiał się nad tym. Zaoferowali pomoc w walce, a dzięki temu że posiadali własny rynsztunek, dowódcy zgodzili się bez wahania. Wtedy każda pomoc się liczyła. Nie znano bowiem dokładnej liczby nieprzyjaciół. Na czele nieznajomych stał niejaki Narsil, o którym dzisiaj małe dzieci słuchają opowieści do łóżka. To właśnie on jest głównym bohaterem tej historii. –

Po myślniku będzie reszta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Czw 27 Lis 2014, 00:42

Kontynuacja:

Znów upił dwa łyki piwa, aby złagodzić suchość w gardle. – Gdy ludzie czekali w Bastionie na przybycie wroga, ten zaatakował mniejszą liczbą elfy w wielkiej puszczy. Tym razem plugastwo trafiło na godnego przeciwnika. Długouchy były przygotowane i stawiały zaciekły opór, jednak w wyniku walk obrzeża ich lasu pogrążyły się w ogniu. Nawet mimo licznych ulew przywoływanych przez tamtejszych druidów, spłonąć zdołał całkiem spory kawał puszczy. Podobno kolumnę czarnego dymu było widać z samego Bastionu. Elfy były wściekłe i rządne zemsty. – Westchnął i spojrzał się na Okara, który skończył już podsycać ogień. Karczmarz zrozumiał o co chodzi. – Może przejdę już do sedna, co wy na to?
- Tak, mów o Narsilu! – Powiedział jeden z młodzików siedzący obok Karra.
Mężczyzna skrzyżował swoje chude ramiona na piersi.
- Ach… tak. Bohaterowie. Wszyscy chcemy słuchać opowiadań o bohaterach. A Narsil? Większość uważała go na początku za kogoś dziwnego. Nie bez powodu. Z tego co wyczytałem w bibliotece w Ellander, był to dość niski i krępy mężczyzna. Głowę miał całkowicie łysą i pokrytą jakimiś ciemnymi znakami, ale nie to było najdziwniejsze, bowiem Narsil przybył do Bastionu ze swoimi jeźdźcami, lecz sam nie jechał na koniu. Jego wierzchowcem był wielki czarny gryf. Bestia była mu całkowicie posłuszna, co w tamtych czasach było niebywałe. Niektórzy uznali to za znak rychłego zwycięstwa. – Teresa przyniosła mu pełny kufel piwa i zabrała pusty. Cedric siedzący przy ścianie patrzył na jej zielone oczy. Gdy odchodziła od stołu zauważyła to i odpowiedziała swoim uśmiechem. – Po kilku długich dniach oczekiwania, na horyzoncie pojawiły się legiony Przybyszów zmierzające na południe. Ku zdziwieniu dwójki królów wrogowie natychmiast zaczęli oblężenie. Grady strzał poleciały w stronę nieprzyjaciół na przedpolu zamku, a kule ognia poszybowały w stronę przeciwną. Rozpoczęło się piekło. Demoniczne zastępy nieustannie napierały, wchodząc na mury po drabinach. Niektóre ich nie potrzebowały żeby wspiąć się na mury! Zaprawdę, dziwne były to istoty. – Karro lekko pochylił się i zaczął opowiadać z większym przejęciem. – Pomimo chaosu, Hemeńczycy i Tranarzy skutecznie odpierali ataki. Powiadają że pierwszy szturm trwał cały dzień i połowę nocy. Po tym Przybysze cofnęli się spod zamku. To jednak nie był koniec, a zaledwie początek ponad miesięcznego oblężenia. W tym czasie padło mnóstwo trupów. Przed murami Bastionu leżały całe sterty ciał, zarówno ludzi jak i ich nieprzyjaciół.
Obecni w gospodzie nie wiedzieli skąd Karro znał tyle szczegółów, jednak wtedy nie miało to większego znaczenia.
- Załoga Bastionu zmniejszyła się pięciokrotnie. W jednej z bitew poległ również król Hektor V, mimo to Tranarzy nie opuścili zamku. Wiedzieli że będzie to pewna śmierć. I wtedy dowodzenie przejął Narsil. Na początku nad samymi Tranarami, jednak po kilku bitewnych porażkach i licznych negocjacjach z hemeńskimi dowódcami, oni również się zgodzili. Jak ich przekonał? Nie wiadomo. Być może mieli już dosyć rozkazów swojego króla, który w swojej porywczości często posyłał ich na śmierć. – Kilku chłopów, którzy dotychczas oddawali się libacji, wyszło z gospody. Jeszcze przez chwile było słychać ich pijackie śpiewy. - Gdy to się stało, Narsil rozpoczął agresywne wypady za mury, którymi osiągnął wiele zwycięstw. Wszyscy byli zdumieni jego ogromną wiedzą na temat wroga. Zawsze wiedział kiedy i gdzie uderzyć aby spowodować największe straty. Jednak mimo tych sukcesów, jego szeregi topniały. Ale nadzieja nie umarła i oczekiwanie opłaciło się. Jednej nocy do zamku przyleciał sokół z wiadomością. Był to list od niejakiego Yewenina – jednego z sandmerskich dowódców – w którym napisał że prowadzi dziesięć tysięcy jeźdźców z południa na pomoc Bastionowi. Porozumiał się również z Elfami z Dan Thuan, które chciały zemścić się za spalenie tysięcy drzew z ich puszczy.
Cedric wstał z miejsca i podszedł do drewnianej lady, którą właśnie wycierała Teresa. Brat obejrzał się w jego stronę i przez krótki moment ich obserwował. Rozmawiali dosyć swobodnie. Widział że córka Okara uśmiecha się do niego z wzajemnością. Czasami Kaleb myślał że jego młodszy brat przychodzi tu tylko dla niej.
Tymczasem opowieść trwała.
- Ostateczne starcie miało rozegrać się trzydziestego siódmego dnia oblężenia. Narsil miał zwabić wroga na przedpole Bastionu a elfy miały zaatakować ze wschodu i z zachodu. Nie było wtedy pewności o zwycięstwie, jednak obrońcom nie pozostało nic innego. Musieli zaryzykować.
- Kto by pomyślał że Sandmerowie byli wtedy tacy szlachetni. – Wtrącił jeden z podróżników.
- To nie była szlachetność. – Odparł Karro. – Elfy były po prostu zapobiegliwe. Doskonale wiedziały że jeśli horda zdobędzie Bastion, to droga na ich pustynie będzie wtedy stała otworem.
- Przebiegłe te długouchy. – Odezwał się drugi podróżnik. – Trza im to przyznać.
Okar podłożył do ognia kilka kawałków brzozowego drewna. W gospodzie stopniowo robiło się coraz cieplej.
- Tak. Sandmerowie dotrzymali obietnicy i stawili się kilka mil na wschód od Bastionu. Podobno mieli ze sobą kilkunastu iluzjonistów, którzy skutecznie ukrywali obecność całej ich armii. Przybysze nie zdawali sobie sprawy o dotarciu posiłków dla obrońców.
- I w końcu nadszedł dzień rozstrzygnięcia. Gdy wszystkie wojska były już na pozycjach, Narsil sprowokował wrogów. Wyleciał na swoim czarnym gryfie nad przedpole Bastionu i zażądał bitwy. Przywódca Przybyszy Arigath – nikt nie wie do dziś skąd Narsil znał jego imię. – Poprowadził hordę w stronę twierdzy i ku swojemu zaskoczeniu zobaczył wszystkie ludzkie wojska stojące przed murami. Zamiast podejrzewać podstępu, rozpoczął szturm. Ludzie starli się z wrogami, lecz nie napierali. Czekali na posiłki. – Karro zaczął gestykulować, aby lepiej przedstawić słuchaczom tamte wydarzenia. Mimo że wszystko działo się siedemset lat temu, mężczyzna opowiadał jakoby sam brał udział w tym wydarzeniu. – Po kilku minutach zjawiły się posiłki. Chorągwie Sandmerów ukazały się na wzgórzach na wschód od zamku, a komanda leśnych elfów ze swoimi tresowanymi wiwernami pojawiły się na zachodzie. Wtedy doszło do głównego starcia. Wszystkie armie ruszyły i natarły na flanki demonicznej hordy. Mimo że straty Przybyszy były na początku miażdżące, po kilkunastu minutach walki siły się wyrównały. Narsil wiedział że bez zgładzenia przywódcy hordy, ta na pewno nie ustąpi. Nie musiał długo czekać. Arigath – ogromny człekokształtny potwór o szarej skórze i długich rogach – znalazł Narsila w bitewnym zgiełku. Ich pojedynek trwał bardzo długo. Jednak to człowiek wyszedł z niego zwycięsko, co zawdzięczał swojej znajomości magii światła, dzięki której mocno osłabił swojego przeciwnika.
- I co było dalej? – Kaleb sam się dziwił że o to zapytał.
- Dalej? No cóż… horda się rozpierzchła. Przybysze pozbawieni dowódcy popadli w chaos. Większość z nich była bowiem bestiami bez rozumu.
- A jak Narsil zabił Arigatha? – Zapytał jakiś mały dzieciak, który dotychczas siedział przy ogniu, niezauważony.
- Ugodził go w serce swoją włócznią. – Karro westchnął. – Teraz już wiecie dlaczego dziś ten zamek nazywa się Bastionem Narsila. Młody Vilored, który miał szczęście przeżyć walkę, chciał nadać Narsilowi tytuł i mianować go osobistym doradcą. Ten jednak się nie zgodził. Po wszystkim zniknął gdzieś ze swoimi towarzyszami i słuch po nim zaginął.
Opowieść Starego Karra dobiegła końca. Kaleb dopił swoje mleko i wstał z miejsca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Pon 01 Gru 2014, 23:12

Gdy otworzyła okno, lekki wiatr owiał jej czarne włosy. Dhalia miała komnatę od południowej strony dworu, dzięki czemu mogła cieszyć oczy panoramą miasta. Widziała ciemne dachy wielu budynków, z których woda po wczorajszym deszczu parowała tworząc delikatne obłoki. Z oddali było słychać rżenie koni i krzyki bawiących się dzieci. Dostrzegła Cedrica, który właśnie wychodził odziany w kolczugę i płytowe naramienniki. Rękę trzymał na mieczu, szedł szybkim i niespokojnym krokiem. Znów spóźnia się na zbiórkę, pomyślała Dhalia.
Westchnęła i pomyślała sobie, że też chciałaby należeć do straży miejskiej. Kiedyś poprosiła o to ojca, jednak ten stanowczo odmówił. „Jesteś przeznaczona do czegoś lepszego”, powiedział wtedy, a gdy dziewczyna zapytała, do czego konkretnie, on odparł „Wkrótce się przekonasz”. Była to tajemnica, która nie pozwalała jej potem zasnąć. Później jednak przestała się tym interesować, ponieważ zdała sobie sprawę, że „wkrótce” kiedyś w końcu nadejdzie.
Komnata Dhalii była niedużym, ale za to bardzo przytulnym pomieszczeniem. Dwa okna dobrze oświetlały wnętrze. Obok łoża znajdował się niewielki puszysty dywan, który po codziennym wstawaniu chronił stopy przez zimnem kamiennej podłogi. Przy ścianie stała spora jesionowa szafa, obita mosiężnymi okuciami, a po jej przeciwnej stronie spoczywał mały stolik z lustrem i świecznikiem, przy którym Dhalia uczyła się niegdyś pisać i czytać.
Podeszła do lustra i zaczęła wiązać włosy w koński ogon. Gdy już kończyła, usłyszała pukanie.
- Dhalia? – To był głos Kaleba.
- Wejdź.
Jej brat uchylił drzwi i stanął w progu. Dhalia widziała jego odbicie w lustrze. Skończyła wiązać włosy i odwróciła się.
- Ojciec wysyła mnie do jednej z miejscowych wiosek. – Powiedział Kaleb. – Pomyślałem, że chciałabyś pojechać ze mną.
- Pewnie. – Odparła praktycznie bez namysłu. – Kiedy ruszamy?
Jej brat uśmiechnął się. Był pewien, że siostra się zgodzi.
- Za godzinę widzimy się przy stajniach. Twój koń będzie już osiodłany. – Już chciał wychodzić jednak zatrzymał się i dodał. – Aha, i zjedz obfite śniadanie. To będzie dłuższa wycieczka.
Dziewczyna uniosła brwi.
- Tym lepiej.
Kaleb wyszedł i zamknął drzwi. Dhalia chwile później poszła w jego ślady. Kroczyła pustym korytarzem aż trafiła na jadalnie. W środku zastała tylko swoją siostrę w towarzystwie matki. Obie były już po posiłku, jednak ciągle siedziały przy stole i rozmawiały o czymś burzliwie. Dhalia zjadła szybko dwa kawałki chleba z kozim serem, świeży plaster miodu i kilka kęsów pieczonego bekonu.
Gdy wreszcie poczuła się najedzona, postanowiła zmienić odzienie na bardziej odpowiednie do podróży. Zielony kaftan zamieniła na srebrzystą bawełnianą bluzę, która swoją fakturą przypominała z wyglądu kolczugę. Postanowiła również zabezpieczyć się zakładając osłonę na tors z lekkich stalowych płytek, którą ojciec podarował jej na ostatnie urodziny. Dodatkowo do paska przymocowała pochwę z długim sztyletem, na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, co może spotkać podróżnika na trakcie, a szczególnie dzieci Margrabiego.
Przy wyjściu z dworu spotkała jeszcze raz matkę, która próbowała ją zatrzymać. Dhalia była jednak nieustępliwa jak zawsze i w końcu postawiła na swoim.
Poszła w stronę stajni. Wiedziała, że jest trochę za wcześnie, jednak czekanie nigdy jej nie przeszkadzało. Na miejscu zastała stajennego siodłającego właśnie jej białą klacz.
- Dziękuję, ja dokończę. – Powiedziała.
Wysoki chudy mężczyzna był stajennym rodziny Lastera odkąd Dhalia sięgała pamięcią. Nie był jednak zbyt rozmowny. Kiwnął grzecznie głową i odszedł. Nauczył Dhalię siodłać konie dawno temu. Była niezwykle dumna z posiadania takiej umiejętności.
 Wtedy dziewczyna spostrzegła łuk myśliwski, którego używała we wczorajszym polowaniu, postanowiła, że nie zaszkodzi zabrać również tej broni.
Gdy ostatnia klamra była zapięta, w stajni zjawił się Kaleb. Ubrał ten sam pancerz straży miejskiej, w którym widziała Cedrica godzinę temu.
- Jesteś wcześniej. – Rzekł do siostry.
- Nie mogłam się doczekać. – Odparła, po czym wsiadła na konia zręcznym ruchem.
Dhalia lubiła jeździć konno od najmłodszych lat. Ciągle pamiętała jak ojciec pierwszy raz wsadził ją na konia. Wtedy się w tym zakochała i pozostało jej tak do dziś. Oprócz tego najstarsza z rodzeństwa była bardzo ciekawa świata, co dodatkowo potęgowało chęć podróżowania.
Gdy oboje byli gotowi, wyjechali ze stajni, ona na swojej białej klaczy, którą nazywała Gwiazdooka, Kaleb zaś na kasztanowym rumaku, z charakterystycznym białym znakiem na czole.
Jechali przez Ukamen powoli, aby nie przewrócić przechodniów. Miasto tętniło życiem. Handlarze przekrzykiwali się na placu targowym walcząc o klientów, a kowale grali na swych kowadłach metaliczne pieśni tworząc wszelkiego rodzaju dzieła sztuki metalurgicznej. Gdy dojeżdżali już do bramy zobaczyli bójkę pijanych chłopów, których właśnie rozdzielała straż. W tym momencie Dhalia przypomniała sobie o Cedricu.
- Cedric nie jedzie z nami?
Kaleb zaśmiał się cicho.
- Musi zapłacić za swoje wczorajsze wybryki. Ma dzień służby do odrobienia.
Dhalia pomyślała o polowaniu, i o tym, że gdyby nie Cedric to pewnie wczorajszy dzień, byłby najnudniejszym w jej życiu. Każde większe miasto miało swojego Wielkiego Łowczego. Dziewczyna polowała już z kilkoma, jednak ten z Ukamen był najgorszy. Wiecznie chwalił się swoimi zdobyczami i krytykował nawet najmniejsze błędy.
Za murami czekała na nich grupa uzbrojonych konnych. Dhalia naliczyła się dwóch tuzinów. Wszyscy w łuskowych zbrojach, z włóczniami i okrągłymi tarczami z herbem rodu Lastera – dwoma, zwróconymi ku sobie, złotymi gryfami na ciemnozielonym tle.
- Myślałam, że mają to być rutynowe odwiedziny u wiejskiego starosty. – Powiedziała Dhalia lekko zdziwiona obecnością żołnierzy.
- Starostę owszem odwiedzimy. – Odparł Kaleb. – Ale mamy tam coś jeszcze do zrobienia.
Dziewczyna zmrużyła oczy z ciekawości, jednak nie spytała, o co konkretnie chodzi. Wolała sama się przekonać.
Kaleb wykrzyknął komendę do wyjazdu. Jechali na przedzie kolumny zaraz za dwoma żołnierzami. Reszta podążała za nimi w dwóch rzędach. Zmierzali na zachód, do jednej z farmerskich wiosek. Przed nimi rozciągało się Zakole Eimelu – żyzny, pokryty równinami i sporadycznymi lasami płaskowyż. Na północnym horyzoncie widać było odległe szczyty Gór Ystan, które oddzielały dwa wielkie imperia, Cesarstwo Pelavenu na południu i Aledonie na północy. Owe kraje walczyły o dominację na zachodniej części kontynentu od początku swojego istnienia. Ich narody nienawidzą się nawzajem i toczą niezwykle krwawe wojny. Gdy Dhalia o tym rozmyślała, cieszyła się, że główne ognisko konfliktu – wielka, zniszczona setkami bitew i potyczek równina zwana Zachodnią Rubieżą – znajduje się bardzo daleko od Ukamen, na drugim końcu łańcucha górskiego Ystan.
Gdy byli w połowie drogi, napotkali małą karawanę jadącą w przeciwną stronę. Dwa drewniane wozy, każdy ciągnięty przez dwa konie, poruszały się powoli w stronę Ukamen. Obok nich jechało kilku konnych odzianych w stare, szare opończe, niektórzy byli zakapturzeni, i to właśnie na jednego z nich spojrzała Dhalia, czego później żałowała. Zdawało jej się, że w cieniu kaptura widzi czerwone jak krew oczy potwora, które jarzyły się złowrogo. Natychmiast odwróciła wzrok, gdy tylko zauważyła, że nieznajomy odwzajemnia jej spojrzenie. Później uznała, że żaden potwór nie dosiadałby konia, więc człowiek, którego widziała musiał mieć po prostu coś z oczami, lub też być może rzeczywiście jej się zdawało. Kiedyś słyszała od mędrca, który uczył ją wiedzy powszechnej, że umysł potrafi płatać człowiekowi różne figle. Tak, to pewnie to, pomyślała.
Po niecałej godzinie jazdy przez nimi ukazały się świeżo skoszone pola, niedługo później zobaczyli pierwsze wiejskie chaty. Były to nieduże, drewniane budynki najczęściej z dachami ze słomy lub z nałożonych na siebie desek. Między nimi poruszali się ludzie i konie ciągnące wozy z sianem i ziarnem.
Dhalia i Kaleb wjechali z żołnierzami między domostwa. Dziewczyna zauważyła, że kilkoro wieśniaków patrzy na nich ze strachem w oczach.
- Zdradzisz mi teraz, po co ojciec cię tu wysłał? – Zapytała ciekawa.
- Patrz. – Odpowiedział jednocześnie wskazując ręką na południe.
Dopiero teraz Dhalia dostrzegła w oddali pola pokryte czernią.
- Znów spalone pola?
- Tak. – Odparł Kaleb. – Jesteśmy tu żeby odpowiednio ukarać odpowiedzialnych.
- Po co ojciec wysyła ciebie? Sami żołnierze nie wystarczą?
- Podejrzewam, że chce pokazać wieśniakom jak Margrabia się o nich troszczy, chociaż nie wiem jak moja obecność ma to pokazać, ale rozkaz to rozkaz. Ojciec kazał, więc jadę.
No tak, cały Kaleb, pomyślała Dhalia, ojciec mówi a on w podskokach wykonuję jego polecenia.
- Ukarzesz ich śmiercią? – Spytała po chwili niepewnie.
- Ostatnio przypadki palenia upraw powtarzały się na wszystkich marchiach graniczących z górami, przez co Cesarz kazał Margrabiom ścinać każdego aledońskiego sabotażystę, jakiego uda się złapać, choć nikt nie ma pewności czy są rzeczywiście z Aledonii.
- I bardzo dobrze. – Odparła. – Osobiście zabiłabym każdego, kto spaliłby moje pole. – Zauważyła uśmiech brata. – No co?
- Nic, nic. – Odpowiedział ciągle się uśmiechając, po czym dodał po chwili. – Jesteśmy na miejscu.
Zatrzymali konie przy sporym domu z małą werandą.

CDN...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Czw 04 Gru 2014, 21:11

Ciąg dalszy:

Kaleb wraz z Dhalią i kilkoma żołnierzami zeszli z koni i ruszyli w stronę drzwi.
- Zostańcie na zewnątrz. – Powiedział Kaleb do gwardzistów. – Nie chcemy straszyć staruszka.
Dhalia wiedziała, że jej się to nie tyczy. Gdy jej brat uchylił drzwi wkroczyła do chaty za nim. W środku panował półmrok. Pomieszczenie nie miało okien, oświetlane było tylko kilkoma świecami i płomieniem jednej pochodni. Dziewczyna była tu pierwszy raz. Dhalia zwiedziła już sporą część Zakola Eimelu, jednak w tak obskurnym i starym domostwie nie była jeszcze nigdy.
Starosta wsi był chudym, posiwiałym mężczyzną ze sporymi bokobrodami. Siedział przy stole i zapisywał jakieś liczby na pergaminie. Na początku nie chciał uwierzyć, że Kaleb i Dhalia to dzieci Margrabiego. Dopiero, gdy pokazali swoje sygnety rodowe, starszy człowiek wyjawił im gdzie trzymają podpalaczy. Dziewczyna wyczytała z jego głosu, że najchętniej sam zabiłby sprawców. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego tego nie zrobił, dlaczego to akurat wysłannik Margrabiego musi wykonać wyrok. Gdy spytała o to brata, ten wyjaśnił jej, że rozkaz Cesarza dotyczył również przesłuchań, a tego nie może prowadzić byle wieśniak.
Po kilku minutach udali się wraz z synem starosty do małej stajni. W środku znajdowało się trzech mężczyzn przywiązanych do drewnianych pni, podtrzymujących słomiany dach. Dwa konie, które akurat były w środku, zachowywały się niespokojnie. Kaleb wszedł do środka z czterema gwardzistami. Dhalia podążała za nimi przypatrując się koniom. Chciała pogłaskać jednego, ale ten o mało nie odgryzł jej palca. Dziewczyna próbowała wytłumaczyć sobie to dziwne zachowanie, lecz nie potrafiła.
- Chcę poznać wasze imiona. – Powiedział Kaleb do związanych. Dopiero wtedy Dhalia się im przyjrzała. Byli to mężczyźni zaledwie kilka lat starsi od niej, odziani w ciemne szaty ze skór i bawełny. Wszyscy siedzieli nieruchomo z głowami spuszczonymi w dół. – Nie jesteście zbyt rozmowni, co?
Nieznajomi wciąż siedzieli w jednej pozycji. Dhalia widziała jak jej brat przygląda się każdemu z osobna.
I wtedy coś sobie przypomniała.
Podeszła do najbliższego związanego.
- Patrz. – Powiedziała do brata.
Wymierzyła siedzącemu lekki cios otwartą dłonią, jednak ręka zamiast uderzyć mężczyznę, przeleciała przez jego głowę, która przez chwilę zmieniła się w ciemny obłok dymu, po czym wróciła do swojej postaci.
- Iluzja… - Powiedział Kaleb do siebie. – Pieprzona magia!
- Prawdziwi są już pewnie daleko stąd. – Odparła Dhalia. – Mieli całą noc na ucieczkę.
Kaleb wyciągnął miecz i zamachnął się na związanego z małą czarna brodą. Efekt był identyczny jak w przypadku ciosu Dhalii.
- Nie tak bracie. – Powiedziała, gdy zobaczyła, że Kaleb chce powtórzyć swój cios na ostatnim nieznajomym. – Zobacz.
Wyciągnęła dłoń przed siebie. Zamknęła ją w pięść, po czym wyprostowała kciuk i palec wskazujący. Zamknęła oczy i skupiła się. Przez chwilę w stajni panowała zupełna cisza, nawet konie patrzyły na Dhalie z zaciekawieniem. Gdy gwałtownie wyprostowała wszystkie palce, trzej mężczyźni zamienili się całkowicie w purpurowe chmury, które po kilku chwilach rozpłynęły się w powietrzu.
- Siostro… - Wycedził Kaleb z nutą podziwu w głosie. – Nie wiedziałem, że znasz się na czarach.
- Po prostu uważałam na lekcjach czarodzieja Jerena, w przeciwieństwie do ciebie i Cedrica.
Tylko Dhalia z całej rodziny uważała magię za fascynującą. Cedric i Sophia traktowali ją zupełnie obojętnie a Kaleb zawsze powtarzał, że najlepszą bronią jest miecz a nie czarodziejskie sztuczki. Najstarsza z rodzeństwa często rozmyślała nad pójściem do Akademii Yehenisa w Rekenbergu, aby zgłębić tajniki magii. Nigdy jednak nie prosiła o to ojca. Wiedziała, że jest temu przeciwny.
Kaleb kazał na wszelki wypadek przeszukać wioskę. Żołnierze rozeszli się w poszukiwaniach a syn starosty obiecał, że zwoła ludzi do pomocy. Dhalia zauważyła, że konie uspokoiły się. Podeszła do czarnego wałacha i pogłaskała go po głowie. Gdy odwróciła głowę, zobaczyła, że jej brat trzyma w ręku kawałek papieru.
- Co to takiego? – Spytała.
- Zobacz sama. – Podał jej kartkę. – Była przy jednej z iluzji.
Pergamin był pognieciony i lekko nadpalony z jednej strony, lecz nie przeszkadzało to w odczytaniu wiadomości.
„Naqos przesyła pozdrowienia”
Dhalia od razu poznała nazwę. Naqos było stolicą Aledonii.
- A jednak. – Mruknęła. – Byli z Aledonii.
Kaleb oparł się ręką o ścianę.
- Nie… to nie ma sensu. – Powiedział. – Po co mieliby nas informować, że to oni za to odpowiadają?
- To prowokacja.
- No nie wiem. Potrzeba czegoś więcej niż spalonego pola żeby sprowokować Cesarza. Równie dobrze sami mogli to napisać, dla kaprysu.
- Trzeba poinformować o wszystkim ojca. Na pewno będzie chciał wysłać za nimi pościg w góry.
- Tak. – Zgodził się Kaleb. – Trzeba wracać.
Rodzeństwo wyszło na zewnątrz. Kaleb wysłał piętnastu ludzi w góry, aby już rozpoczęli pościg. Reszta wyruszyła z nim i siostrą do Ukamen.
Było kilka minut po południu. Choć lato dobiegało końca, słońce prażyło jakby nigdy miało się nie skończyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Pon 08 Gru 2014, 01:07

Najmłodsza z rodziny Lastera przebywała od dłuższego czasu w bibliotece. Niedużej komnacie z sześcioma wielkimi regałami, wypełnionymi księgami wszelkiej maści. Sophia słuchała Jerena, który aktualnie próbował nauczyć ją historii powszechnej. Była to mozolna praca, gdyż dziewczyna nigdy nie wykazywała większego zainteresowania tą dziedziną nauki. Słuchała uczonego tylko dlatego, że kazali jej rodzice. „Historia pozwala nam uczyć się na błędach naszych przodków”, mawiał jej ojciec.
Patrzyła pustym wzrokiem na księgę pod tytułem „Krótka historia Pelavenu”. Gdy Sophia spojrzała na numer na ostatniej stronie, pomyślała, że ktoś chciał zakpić z czytelnika nazywając książkę w ten sposób.
Zastanawiała się, po co damie w jej wieku znajomość historii? Przecież i tak, gdy już poślubi syna jakiegoś Margrabiego to on będzie podejmował wszystkie decyzje i władał w marchii, po śmierci swojego ojca. Sophia nie mogła zrozumieć, dlaczego ojciec nie wydał Dhalii za mąż. Była o cztery lata starsza i już dawno osiągnęła dorosłość. „Jej czas też w końcu nadejdzie”, powiedziała matka, gdy Sophia o to spytała. Nic z tego nie rozumiała i nie próbowała zrozumieć.
Czasami myślała, że Dhalia nie jest jej prawdziwą siostrą, że którąś z nich ojciec i matka adoptowali. Było między nimi tyle różnic i tak mało podobieństw. Były jak ogień i woda. Przypominały trochę Kaleba i Cedrica, jednak bracia dogadywali się ze sobą zdecydowanie lepiej niż siostry. Nawet z wyglądu były dwiema różnymi osobami.
Czasami Sophii doskwierała samotność. Najwięcej czasu spędzała z matką i Jerenem na codziennych lekcjach. Rodzeństwo nigdy nie miało dla niej czasu, gdy skończyli swoją naukę, zaczęli zajmować się innymi, w swoim mniemaniu, ważnymi sprawami.
Nagle dziewczyna przypomniała sobie, że siedzi w bibliotece i słucha nauk uczonego. Jak czegoś nie zrobię to zaraz tu zasnę, pomyślała.
- Opowiedz mi o magii Jerenie. – Przerwała nagle wykład. – Proszę.
Uczony spojrzał na nią z uniesionymi brwiami.
- O magii? Od kiedy interesują cię sztuki tajemne?
- Dhalia się nią fascynuje, chciałabym wiedzieć, z jakich powodów. – Być może wreszcie będzie miała jakiś temat do rozmowy ze starszą siostrą.
- Omawialiśmy już podstawy, całkiem niedawno. – Wskazał na księgę, na którą wcześniej patrzyła Sophia. – Margrabia kazał mi uczyć cię tego.
- Proszę, powiedz mi coś więcej. Uczyłeś mnie tylko podstaw, wyjaśniłeś tylko jedną domenę, a mówiłeś, że są jeszcze dwie. Proszę, opowiedz coś więcej.
Jeren skrzyżował ręce na piersi. Pomimo swojego wieku, nadal zachowywał silną posturę. Jego krótka siwa broda i nieliczne, lecz głębokie zmarszczki dodawały mu lat. Miał na sobie ciemną szatę z satyny, zwężoną szerokim skórzanym pasem z ciężką srebrną klamrą. Był to człowiek rozległej wiedzy, który edukował wszystkie dzieci Tolana i Esmeraldy Lastera, czym zyskał sobie szacunek i zaufanie Margrabiego.
- Zaiste, Dhalia lubiła tę dziedzinę najbardziej z was wszystkich, być może za bardzo. Magia potrafi być niebezpieczna Sophio. Uwierz mi.
- Chcę tylko o niej posłuchać, nie będę jej używać.
- Skoro tak… - Odparł uczony niepewnie. – Dobrze, opowiem ci to, czego sam nauczyłem się w Akademii Yehenisa. – Przysunął krzesło do stolika, przy którym siedziała Sophia. Spoczął na nim i podjął po chwili. – A więc, od początku. Domeny. Główny podział całej magii opiera się na Domenach. Są to: Elementy, o których już mówiliśmy, Filary i Sugestie. Jak już wiedz Elementy to magia żywiołów – najbardziej podstawowa i stosunkowo prosta do opanowania. Filary z kolei są bardziej skomplikowane. Dzielą się na Światło, Mrok i Umysł. Sugestie za to są niezwykle trudne do nauczenia i wymagają miesięcy codziennych ćwiczeń. Dzielą się na Przywołanie, Nekromancję, Naturę i Negację. Pamiętaj, że jest to tylko umowny podział. Tak naprawdę ta dziedzina ma wiele różnych gałęzi, których nie można przypisać do żadnej domeny.
- Nekromancja brzmi strasznie. – Powiedziała Sophia.
- Bo jest straszna. Nie bez powodu zakazali jej praktykowania w większości królestw Eridianu. Tak samo jak Filaru Mroku czy Sugestii Przywołania.
- A do czego służy Sugestia Przywołania? Rozumiem, że do przywołań, ale czego konkretnie? – Zapytała ciekawa Sophia.
- Duchów, demonów i innych okropieństw, ale również przedmiotów. – Odparł. – Powiedzmy, że jedziesz w daleką podróż i zostawiłaś w domu cos ważnego. Możesz wtedy ten przedmiot przywołać, lecz tylko pod warunkiem, że dobrze go znasz i przynajmniej raz go dotknęłaś.
- Całkiem przydatne.

CDN.........
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Pon 22 Gru 2014, 23:29

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Wto 23 Gru 2014, 13:38

Margrabia Leogardu wyglądał paskudnie. Cedric już raz go widział, lecz było to na tyle dawno, aby móc o tym zapomnieć. Choć był o kilka lat młodszy od Tolana to wyglądem przypominał starego chłopa w bogatych szatach. Jego brzuch wielkości połowy beczki, trząsł się w rytm jego kroków. Pulchną, czerwoną twarz pełną miał zmarszczek, a głębokie oczodoły zwieńczały niewielkie oczy, które wydawały się uśmiechać do wszystkich, których Oran obdarzył spojrzeniem. Miał brązowe, rzadkie i krótkie włosy, w które wcinały się spore zakola.
Stary cap, pomyślał Cedric. Ucieszył się, że nie powiedział tego na głos.
Gdy spojrzał na córkę Orana Hadevara, zdziwił się, że ktoś taki może być ojcem tak ładnej dziewczyny. Jak na szesnaście wiosen, była całkiem wysoka. Już teraz była wyższa od swego ojca, choć Cedric podejrzewał, że może to być efekt damskich butów, które czasami podwyższały swoje właścicielki. Włosy barwy ciemnego kasztanu opadały jej na ramiona falami. Oczy w przeciwieństwie do ojca miała duże, o przenikliwym spojrzeniu, które aktualnie obserwowały podejrzliwie wszystkich zebranych w gościnnej sali dworu Margrabiego Ukamen.
Głowy rodów Lastera i Hadevar witały się i rozmawiały na tematy typowe dla każdego spotkania dwóch przywódców. Takie standardowe uśmiechy i uprzejmości doprowadzały Cedrica do mdłości. W takich chwilach cieszył się, że to nie on będzie dziedziczył Marchię Zakola Eimelu.
Spojrzał na swoje rodzeństwo. Sophia jak zwykle na takie okazje naśladowała matkę. Miały podobne, bogato ozdobione suknie w barwach zieleni i złota. Ich włosy były spięte w kunsztowne koki z małymi warkoczami. Z oczu Dhalii biło zdecydowanie mniej entuzjazmu. Przymus noszenia sukni wyraźnie jej nie odpowiadał. Nie zdawała sobie jednak sprawy, że to na nią patrzy najwięcej oczu. Jego brat Kaleb jako dziedzic Tolana, był cały czas u jego boku i tak samo jak ojciec starał się zajmować gości rozmową. Miał na sobie eleganckie odzienie z satyny i miękkiej skóry, barwy czarnej ze złotymi wzorami rodowymi na ramionach.
Oprócz tego w komnacie było jeszcze kilkunastu rycerzy, doradców i innych możnych. Cedric wiedział, że wszyscy mają tylko jeden cel – przypodobać się Palatynowi, który miał przyjechać wraz z Arcydrakonem za dwa dni. Były to najważniejsze postacie w tej części Cesarstwa Pelavenu i wejście w ich łaski często zapewniało przywileje i pozycję.
Cedric poczuł na sobie spojrzenie ojca, które mówiło „bierz się do roboty”. Młodzieniec jeszcze przez chwilę zastanawiał się czy pójść za rozkazami i wykonać posłusznie wolę swego ojca jednak, gdy spojrzał jeszcze raz na córkę Lorda Hadevara pomyślał, że i tak prędzej czy później by się z nią zapoznał.
Rozpoczął się uroczysty obiad. Służba wniosła do komnaty mnogość wykwintnych potraw. Cedric dostrzegł wśród nich faszerowane bażanty i opiekane jabłka w miodzie. Oprócz tego były tam jeszcze winogrona z Sandmerii, pieczona jagnięcina, obficie natarta przyprawami oraz pięć sporych, pokrojonych na kawałki kołaczy ciemnego chleba. Powietrze wypełniła przyjemna woń gorącego jedzenia.
Cedric zajął miejsce obok Sarsy Hadevar, której imię przypomniał sobie dopiero teraz. Dziewczyna miała na sobie zwężaną w talii suknie barwy ciemnego fioletu, której rękawy dosięgały jej nadgarstków i kończyły się czarną koronką. Szyję zdobił jej naszyjnik w kształcie gwiazdy, w środku której znajdował się mały diament. Miała ostre rysy twarzy i minę pełną pewności siebie. Cedric nie wiedział, co o niej myśleć.
W ciągu kilku minut musiał przypomnieć sobie wszystkie zasady dobrego wychowania, jakich nauczył się przez ostatnie lata. Przywitał młodą damę w charakterystyczny dla siebie szarmancki sposób, całując jej dłoń i patrząc jej prosto w oczy.
Wszyscy zasiadli do stołu. Ced rozpoczął wypełniać swój obowiązek. Zajmował Sarsę rozmowami, rzucał jej czasem jakiś wyszukany komplement oraz dolewał jej soku z jabłek i przynosił każdą potrawę, jaką sobie zażyczyła. Zdziwił się, że ojciec nie pozwala jej pić wina. Nawet Sophia miała pozwolenie na jeden kielich podczas ważniejszych okazji, a była od Sarsy o cały rok młodsza.
Dziewczyna zdawała się trochę spięta. Cały czas siedziała prosto z uniesioną głową i rzadko się odzywała. Ced zrozumiał, że chciała sprawić wrażenie pewnej siebie, jednak w miarę upływu czasu wychodziło jej to coraz gorzej.
Postanowił skończyć z nudnymi dworskimi tematami.
- Ciebie też nudzi to dyplomatyczne gadanie? – Zapytał. Na Sali panował gwar rozmów i muzyki, więc nikt ich nie słyszał.
Dziewczyna spojrzała na swojego ojca, potem na Cedrica i dyskretnie kiwnęła głową. Na to liczył. Chciał się stąd wyrwać jak najszybciej.
- Ojcze. – Powiedział Cedric wstając z miejsca. – Co powiesz na to żebym oprowadził Sarsę po mieście i pokazał jej najbardziej interesujące miejsca?
Tolan Lastera spojrzał na ojca dziewczyny.
- Jeśli Margrabia Oran się zgodzi to nie widzę przeciwwskazań.
Rozmowy odrobinę ucichły. Lord Hadevar przez chwilę cię zastanawiał.
- Czemu nie. – Odparł, po czym dodał wesoło. – Nie trzymajmy tu młodzieży na siłę, niech odpoczną od nas, staruszków.
Ced zrozumiał wtedy, że ojciec zadbał o to, aby Oran się zgodził. Wyczuł w jego głosie, co najmniej trzy pełne puchary wina.
Gdy podawał Sarsie rękę, jego ojciec dyskretnie pokazał do dwóch strażników, że mają ich pilnować. Cedric zauważył towarzystwo dopiero jak opuszczali salę. Ojciec pilnuje interesu, pomyślał, trzeba będzie się ich jakoś pozbyć.
Wyszli z dworu frontowymi drzwiami, pozostawiając za sobą odgłosy rozmów. Szli za nimi strażnicy w łuskowych zbrojach. Trzymali się w odległości jakiś piętnastu kroków, co bardzo Cedricowi odpowiadało.
Spojrzał na Sarse i widział w niej lekką poprawę humoru.
- Dziękuję, że mnie stamtąd wyrwałeś. – Odezwała się. – Mój ojciec ma obsesje na punkcie mojej etykiety, choć sam jej nie przestrzega. Widziałeś jak się upił? Stary cap…
Cedric uśmiechnął się szeroko. Nie spodziewał się po niej takich słów.
- Nie ma za co. – Odparł. – Sam również nie mogłem tam wytrzymać. A co do twojego ojca… owszem nie jest wzorem do naśladowania, ale chyba nie jest też taki zły, prawda?
- Och… nie znasz go. Jest okropny.
Czasem mam takie zdanie o swoim ojcu, pomyślał.
- Chodź, pokaże ci coś, z czym nasz ród się wszystkim kojarzy.
- Gryfy? – Zapytała zdumiona. – Podobno macie tu największą szkołę gryfów w cesarstwie.
- My zwiemy to miejsce Tarasem Gryfów, i wcale nie jest największy, ale mamy za to najlepszych treserów.
Zeszli po murowanych schodach z małego wzgórza, na którym znajdował się pałac Margrabiego. Przez chwilę widzieli całe Ukamen z góry, jednak po krótkim spacerze znaleźli się w gąszczu miejskich budowli. Było już kilka godzin po południu, lecz słońce wciąż prażyło. Sarsa ujęła ramię Cedrica, które ten podał jej, gdy weszli między ludzi. Nie było specjalnie tłoczno. Większość ludzi o tej porze oddawało się swojej pracy w piekarniach, stolarniach, kuźniach, szwalniach, rzeźniach czy mydlarniach.
Z ulicy Rzemieślniczej skręcili na ulicę Świątynną. Nie ujrzeli jednak kaplicy, gdyż zaraz potem zboczyli z drogi i wzdłuż miejskiego muru, na którym sporadycznie chodzili strażnicy, doszli do Południowej Bramy. Całą drogę Cedric i Sarsa rozmawiali na najprzeróżniejsze tematy. Nie było w ich wypowiedziach zbędnych dworskich grzeczności, choć dalej zachowywali szacunek odpowiedni do swojego urodzenia.
Po pokonaniu krótkiej kamienistej drogi, doszli wreszcie do Tarasu Gryfów. Przypominał on mały fort otoczony niskim murem jednak, gdy weszli do środka ujrzeli wielki, piaszczysty, okrągły plac i kilka ceglanych budynków na jego obrzeżach.
- Dziś jest dzień polowań. – Powiedział Ced. – Większość gryfów jest w terenie i poluje z treserami na większą zwierzynę. Te lepiej wyszkolone latają w góry na patrole.
- Latałeś kiedyś na gryfie?
- Nie… nie, nie. – Cedric poprowadził ją do jednego z budynków. – Tylko treser może latać na gryfie. Jeśli ktoś inny spróbuje, gryf będzie próbował go zabić. To bardzo lojalne zwierzęta. – Weszli do środka i zaczęli wspinać się schodami w górę. Strażnicy cały czas podążali za nimi.
- A jeśli taki treser zginie? Co wtedy?
- Treser jest pierwszą osobą, którą gryf widzi po wykluciu się z jaja. Traktuje go jak rodzica a z wiekiem jak członka stada. Po stracie swojego pana staje się nieufny. Wtedy szkolone są do samodzielnej walki, tak jak ogary bojowe.
Gdy weszli po schodach, Cedric otworzył ciężkie drzwi i wprowadził Sarsę do obszernej Sali. Nie miała ona ściany z jednej strony, przez co w środku było dosyć wietrznie. Ced wskazał ręką w róg pomieszczenia. Dziewczyna odwróciła się, w tamtą stronę i otworzyła szeroko usta wstrzymując oddech.
- Nie bój się. Chryzantema jest najłagodniejsza.
Samica gryfa właśnie podnosiła się ze snu. Było to wielkie zwierzę, wysokością dorównywała Cedricowi. Tułów zdobiła jej kremowa krótka sierść, skrzydła, które teraz miała złożone, były barwy ciemnego kasztanu, niemal identyczne jak włosy Sarsy. Od karku aż po masywny, ostry dziób miała śnieżnobiałe pióra.
Po chwili podeszła bliżej, Sarsa chciała wyciągnąć rękę, aby jej dotknąć, jednak Ced szybko ją powstrzymał.
- Niech najpierw pozna twój zapach. – Powiedział półszeptem.
Od bestii nie dzieliła ich żadna krata czy bariera. Cedric przypomniał sobie jak to pierwszy raz ojciec zabrał go razem z Kalebem do tego samego pomieszczenia. Gdy zorientował się, że jest zdany na kaprys wielkiego, obcego zwierzęcia, przestraszył się okropnie. Ojciec kazał wtedy swoim synom podejść do gryfa i wyrwać mu pióro ze skrzydła. Obaj bracia odmówili wykonania polecenia, za co ojciec ich pochwalił. „Tylko kompletny głupiec wykonałby taki rozkaz” powiedział potem do synów.
Gdy samica gryfa wciągnęła kilkukrotnie powietrze, Cedric puścił rękę dziewczyny i sam pogłaskał zwierzę po czole. Miała duże żółte oczy, które potrafiły dostrzec człowieka oddalonego o kilka mil. Sarsa przyłączyła się do Ceda i położyła dłoń na czole gryfa a potem zjechała nią niżej głaszcząc po całym karku.
- Chryzantema? – Zapytała z lekkim uśmiechem.
- Dajemy im imiona od kwiatów. – Odparł Cedric. – Żeby nie kojarzyły się ludziom z dzikimi bestiami.
- Ładnie.
Cedric spojrzał na drzwi. Stało przy nich dwóch strażników wysłanych przez Tolana. To jest ten moment, pomyślał.
- Zostawcie nas samych. – Powiedział do mężczyzn w zbrojach. Sarsa spojrzała na niego podejrzliwie. Odpowiedział jej dyskretnym mrugnięciem lewego oka.
Gwardziści nie mieli hełmów, więc doskonale było widać zwątpienie, które pojawiło się na ich twarzach. W tym momencie Cedric nie miał już żadnych wątpliwości, że jego ojciec wysłał ich w charakterze oczu i uszu, które później miały wszystko mu wyśpiewać.
- Wyjdźcie. – Powiedział mocniejszym głosem. – Już.
- Ale… Margrabia kazał nam was pilnować Panie. – Odparł strażnik z krótką czarną brodą.
Cedric podszedł bliżej dwójki mężczyzn.
- Słyszeliście plotki o tym, kto ma zająć miejsce obecnego dowódcy straży? – Było to pytanie czysto retoryczne. Każdy w Ukamen wiedział, że to właśnie brat bliźniak Kaleba ma w przyszłości objąć to stanowisko, choć nigdy nie zostało to oficjalnie potwierdzone przez Margrabiego. – Kto wie… być może będę musiał ograniczyć liczebność strażników… wasz żołd drogo kosztuje miasto.
Mężczyźni zrozumieli, że jeśli nie wyjdą to będą pierwsi na liście do wyrzucenia. A zresztą, przecież gryf jest łagodny i nie ma stąd innego wyjścia. Co mogłoby pójść nie tak?  
Gdy żołnierze opuścili pomieszczenie, a drzwi były za nimi zamknięte – co Cedric dobrze sprawdził. – podszedł do Sarsy i powiedział wyraźnie zadowolony.
- To teraz możemy zacząć zwiedzanie miasta. – Uśmiechnął się i podszedł do miejsca, w którym kończył się pokój i rozciągał widok na okrągły plac. Pokazał coś ręką i po chwili mała drewniana platforma wjechała z dołu i zrównała się z kamienną posadzką komnaty gryfa. Zwierzę od razu podeszło i ku swojemu zdziwieniu nie uświadczyło nawet najmniejszego kawałka mięsa. Zwykle gryfy jadały na polowaniach jednak, gdy któryś z nich był chory lub ranny, jedzenie dostarczano im za pomocą takich właśnie linowych wyciągów. – Szybko, zanim zaczną coś podejrzewać.
Sarsa niepewnie, ale zgodziła się. Chodzenie po mieście samopas, bez żadnego nadzoru? Cedric przewidział, że będzie to dla niej coś ekscytującego.
Chwycił ją za rękę i pomógł dostać się na chwiejną platformę zbitą z jasnych, sosnowych desek. Trzymali się liny, która na wysokości ich kolan rozdzielała się na cztery mniejsze.
Po chwili byli już na dole.
- Widziałem, że na uczcie nie piłaś wina. – Odezwał się Cedric, gdy szli szybkim krokiem do północnego wyjścia z Tarasu Gryfów.
- Ojciec mi zabrania. – Odparła.
- Co powiesz na to żebyśmy to nadrobili? – Rzucił z uśmiechem.
- Ale…
- Chodź, znam kilka naprawdę ciekawych miejsc.
Jej początkowa niechęć przerodziła się w ciekawość. Cedric kiedyś czół dokładnie to samo. Gdy ojcowskie zasady i dyplomatyczna etykieta przestały być jedynym autorytetem, gdy Ced kilkanaście lat temu poznał że życie nie kręci się tylko i wyłącznie wokół polityki, że zwykłych ludzi tak naprawdę nie obchodzi kto jest ich Palatynem czy Margrabią, wtedy zaczął sprzeciwiać się ojcu i odchodzić od nauk, które wpajał mu przez większość życia.
Po krótkim spacerze byli z powrotem w mieście. Cedric starał się unikać straży miejskiej. Jako że sam do niej należał i z racji swojego urodzenia spędzał dużo czasu z jej dowódcą, wiedział dokładnie, kiedy i gdzie spodziewać się patroli.
Ich pierwszym celem był warsztat krawiecki, w którym pracował człowiek dobrze Cedricowi znany. Syn Margrabiego wielokrotnie pomagał mu wywinąć się z płacenia podatków, czym zaskarbił sobie jego wdzięczność, którą często wykorzystywał. Krawiec wielokrotnie użyczał mu pospolitych mieszczańskich ubrań, aby choć trochę mógł wmieszać się w tłum. Niektórzy ludzie znali go z widzenia a większość straży miejskiej znała go z służby, jednak mimo wszystko, zwyczajny ubiór pozwalał na dużo więcej niż szykowne dworskie stroje. Pozwalał na o wiele dłuższe pozostawanie incognito przed wykryciem.
Gdy mieli już na sobie ubrania średniozamożnego mieszczaństwa, ruszyli w głąb miasta.
Przez następne godziny chodzili po całym Ukamen. Jeśli Sarsa myślała, że jest to małe miasteczko to Ced bardzo skutecznie rozwiewał jej wątpliwości. Kluczyli ciasnymi uliczkami i odwiedzali wszystkie możliwe miejsca, w których można było znaleźć alkohol i zabawę. Pili, tańczyli, śpiewali, grali w kości a nawet rzucali nożami do celu. Mimo że na twarzy Sarsy przez większość czasu rysował się uśmiech, Ced widział, że czuje się trochę nieswojo. Przebywanie wśród gminu musiało być dla niej… niekomfortowe. Nic dziwnego, skoro całe życie spędziła w Leogardzie, który nie był miastem tak jak Ukamen a wielką twierdzą odseparowaną od świata. Pamiętał jak Jeren opowiadał mu historie o wielkich oblężeniach, które ten zamek odpierał. Większość z tych bitew miała miejsce, gdy dzisiejszy Palatynat Varenkastu nie był jeszcze częścią Cesarstwa, a niepodległym królestwem.
Gdy zapadł zmrok, Cedric i Sarsa wybrali się na spacer pod gwiazdami. Szli brukowaną drogą na podgrodziu miasta i patrzyli w niebo. Noc była chłodna i bezchmurna.
- Słyszałaś sandmerską legendę o Bitwie Pierwszych Braci? – Spytał Cedric.
- Ojciec nie pozwala mi czytać sandmerskich ksiąg. – Odparła Sarsa. – Według niego są tam same bluźnierstwa.
- Kolejna rzecz, której ci zabrania. – Mruknął. – Tej opowieści nigdy nie spisano. Przechodzi od wieków z ust do ust i nie ma w niej ani krztyny bluźnierstwa.
- A z czyich ust trafiła do twoich?
- Kiedyś… piłem z sandmerem. – Odrzekł z uśmiechem. – Nazywał się Nemetiel. Był najemnikiem i… równym chłopem jak to mawiają prostaczkowie.
- Chyba… swoim chłopem. – Ced spojrzał na nią badawczo. – Mówi się swój chłop.
Po chwili milczenia roześmiali się sami nie wiedząc z czego. Oboje czuli ciepły dotyk alkoholu w swoich żyłach. Kroczyli niepewnie a świat przed nimi zdawał się lekko poruszać.
Ced odkaszlnął.
- A więc… - Wiedział, że nie zaczyna się zdania od „a więc”, ale niby kto miał mu zwrócić uwagę? – Zaczęło się od narodzin Świetlistej – córki Esperiusa, sandmerskiego boga ognia – i dwóch nocnych braci – Tygrena i Vobosa – synów Asmodana, sandmerskiego boga ciemności. Jak spojrzeć w niebo to widać wyraźnie, że chodzi o słońce i dwa księżyce.
- Przecież jest tylko jeden księżyc. – Odparła zdziwiona Sarsa.
- Dzisiaj owszem, ale kiedyś były dwa. – Cedric wskazał na niebo. – Jak myślisz, skąd wzięły się na niebie Nocne Strzępy?
Na sklepieniu oprócz srebrzystego księżyca, unosiły się blade odłamki, które tworzyły wąskie pasmo niemal w samym zenicie. Na całym świecie naukowcy wyjaśniali ich powstanie. Każdy na swój sposób. Każdy inaczej. Każdy z nadzieją na to, że zapisze się w historii, jako wielki znawca astronomii.
- A wracając do legendy… - Ciągnął dalej Ced. – Nocni bracia byli kiedyś na niebie blisko Świetlistej. Dzielili jedno sklepienie. I niestety dla nich, obaj zakochali się w córce Esperiusa. Konkurowali o nią przez tysiąclecia, jednak ona nie wybrała żadnego. Na początku było to coś w rodzaju… zdrowej rywalizacji, jednakże potem przerodziło się to w otwarty konflikt. – Szli szeroką uliczką oświetloną kilkoma pochodniami i światłem księżyca. Na podgrodziu o tej porze było mało strażników, więc nie byli już tacy ostrożni. – Nocni bracia zaczęli walczyć. Stoczyli tysiące pojedynków, ale żaden z nich nie mógł pokonać drugiego. Bowiem Asmodan obdarzył ich taką samą siłą, właśnie po to, aby żaden nigdy nie dominował. Po tysiącach lat Świetlista w końcu wybrała Tygrena. Nie wiadomo czy rzeczywiście go kochała czy zrobiła to, aby zakończyć konflikt. Wiadomo jednak, że był to błąd. Vobos zatracił się w rozpaczy i gniewie. Znienawidził swojego brata i był gotów na wszystko, aby tylko się go pozbyć. Poprosił, więc o pomoc swoje niezliczone siostry gwiazdy, które zgodziły się mu pomóc po tym jak Vobos omamił je swoimi kłamstwami i manipulacjami. Wyzwał wtedy swojego brata na ostatni pojedynek. Wiedział, że Tygren nie może odrzucić wyzwania, jeśli nie chce splamić swojego honoru. Nieświadomy zagrożenia, stawił czoło Vobosowi, który przez moc swoich sióstr był od niego wielokrotnie potężniejszy. Starcie trwało krótko. Tygren, choć waleczny, nie był w stanie wygrać. W pewnym momencie Vobos trafił go z całą swoją mocą i rozkruszył go na tysiące kawałków.
- To dlatego nazywają je Tygrenidami? – Spytała Sarsa, która od dłuższego czasu przypatrywała się Nocnym Strzępom.
- W Cesarstwie tej nazwy się oficjalnie nie używa, bo wiąże się z inną religią i pogańskimi bogami, ale to nie powstrzymuje ludzi przed nazywaniem ich właśnie Tygrenidami.
- I co było dalej z Vobosem i Świetlistą?
- Po śmierci Tygrena zainterweniowali Esperius i Asmodan. Widząc bratobójstwo postanowili ukarać swoje dzieci. Rozdzielili Świetlistą i Vobosa tak żeby nie mogli się już nigdy spotkać. A gwiazdy musiały oddać Świetlistej część swojego blasku tak, aby ona przysłaniała je swoim światłem każdego dnia.
- Zaraz… - Powiedziała Sarsa z lekkim zdziwieniem. – Dla Świetlistej to żadna kara!
- Ona tak naprawdę kochała Vobosa. Przez tysiące lat, gdy nocni bracia toczyli niezliczone pojedynki, Vobos i Świetlista ukrywali swój romans przed wszystkimi.
- To dlaczego wybrała Tygrena?
- Bo tak kazał jej ojciec. Tak naprawdę to Esperius wybrał Tygrena.
Sarsa wskazała na księżyc.
-Czyli to jest Vobos?
- Owszem. – Odparł Cedric.
- Każdej nocy, gdy Vobos wschodzi, Świetlista zachodzi. Nigdy się nie widzą. – Powiedziała Sarsa w zadumie. Przesunęła palec i wskazała na pasmo odłamków. – A to są tak naprawdę fragmenty Tygrena?
- Czy naprawdę? Tego nie wiem. To tylko legenda.
- Piękna legenda.
- To prawda.

CDN...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Pią 26 Gru 2014, 23:06

Przez chwilę szli w ciszy wpatrzeni w niebo. W tym momencie Cedric przypomniał sobie, że dziewczyna obok ma w przyszłości zostać jego żoną. Pomyślał, że lepiej będzie wrócić na dwór, zanim jej ojciec uzna to za porwanie i wypowie wojnę.
Zawrócili z powrotem do miasta. Udało im się przekroczyć bramę na kilka minut przed nocnym zamknięciem. Szli główną ulicą. Minęli opustoszałe, oświetlone pochodniami targowisko, po czym skręcili w jedną z wielu wąskich uliczek. Po krótkim spacerze dotarli do warsztatu krawieckiego, w którym wcześniej wymienili swoje ubrania. Mimo dość późnej pory właściciel zakładu jeszcze nie spał. Był przyzwyczajony do takich późnych wizyt. Cedric często korzystał z jego pomocy.
Po kilku minutach Ced miał już na sobie swój czarno-zielony kubrak z aksamitu, ciemne spodnie z miękkiej bawełny i skórzane, polerowane na błysk buty z wysokimi cholewami.
Sarsa potrzebowała nieco więcej czasu na przebranie. Krawiec zawołał żonę, aby ta pomogła dziewczynie uporać się ze skomplikowanymi wiązaniami dworskiej sukni. Cedric postanowił poczekać na zewnątrz. Wyszedł na wąską kamienną ulicę, przy której stał warsztat. Naprzeciwko znajdowała się stara rzeźnia, aktualnie przez nikogo niezamieszkana. Noc była jasna. Księżyc, Nocne Strzępy i niezliczone gwiazdy skutecznie oświetlały ciemne kąty swoją srebrzystą poświatą, przez co świat wydawał się czarno-biały. Tylko dwie pochodnie zaburzały mroczny teatr świateł.
Przez chwilę Cedric wsłuchiwał się w przytłumione ludzkie głosy dochodzące z najbliższych budynków. Zamknął oczy i delektował się szumem miasta kładącego się do snu. Wtedy usłyszał dziwny głos, który na pewno nie pochodził z wnętrza jednego z budynków. Gdzieś w pobliżu rozmawiali ludzie. Ced słyszał pojedyncze słowa. Była to najwyraźniej rozmowa strażnika z jednym z mieszkańców, który próbował zgłosić jakieś zajście. Przyszły dowódca straży postanowił sprawdzić jak opłacani przez jego ojca ludzie wypełniają swoje obowiązki.
Głosy nasilały się. Ced schował się za rogiem warsztatu krawieckiego i czekał. Po chwili zobaczył strażnika w łuskowej zbroi, jedną ręką trzymającego miecz a drugą małą pochodnie. Za nim szedł zakapturzony człowiek, cały zakryty szarą opończą. W ciemnościach Cedric nie potrafił określić nawet jego płci.
Strażnik zatrzymał się, odwrócił i stanowczo zapytał:
- I co? Gdzie ten trup?
Nieznajomy nie powiedział ani słowa. Podszedł bliżej, wysunął bladą rękę z rękawa i położył ją na skroni strażnika. Zbliżył się jeszcze bardziej i zaczął szeptać jakieś słowa. Cedric widział jak głowa strażnika nieruchomo patrzy i potakuje. Gdy człowiek w kapturze oderwał dłoń i odszedł krok w tył, zapytał.
- Tak? – Jego głos był zimny i cichy. Cedric wiedział już, że to musi być mężczyzna.
- Tak. – Odpowiedział strażnik zachowując kamienny wyraz twarzy.
Chwilę później nieznajomy zniknął w jednej z ciemnych uliczek. Cedrica zżerała ciekawość. Sprawa wyglądała dość dziwnie.
Wyszedł zza rogu, jak gdyby nigdy nic i zbliżył się do strażnika. Ten właśnie chował miecz do pochwy.
- Imię i stopień. – Powiedział Ced.
- A któż to? – Powiedział strażnik. Widać było po nim lekkie zdezorientowanie. Dopiero, gdy światło jego pochodni rozświetliło twarz Cedrica, spoważniał i odpowiedział. - Szeregowy Jarik!
- Jesteś nowy? – Spytał Cedric. Nigdy wcześniej nie słyszał tego imienia.
- Tak jest! – Jarik odpowiedział tak jakby rozmawiał z dowódcą.
- Spocznij i powiedz, z kim przed chwilą rozmawiałeś.
- Melduję, że… - Dopiero teraz zrozumiał „spocznij” - Y… z jakimś starcem? Nie wiem, kto to był.
- Nie wiesz? Przecież patrzyłeś mu prosto w twarz… och dobrze, to nieistotne. Powiedz przynajmniej, o czym rozmawialiście. Co ci powiedział szeptem.
Jarik pochylił lekko głowę i spojrzał na kamienie pod swoimi stopami. Wyglądał jakby próbował sobie coś przypomnieć. Cedric zaczął się niecierpliwić. Idiota, pomyślał. Przecież rozmawiali dosłownie chwile temu.
Jarik podniósł wzrok z ziemi.
- Nie mogę powiedzieć. – Odparł po cichu. Jego oczy promieniały krwawą czerwienią.
Cedric zmarszczył brwi.
- Dobrze się czujesz?
- Nie mogę!!! – Krzycząc, strażnik wyciągnął miecz i zamachnął się na Ceda, który cudem zdołał cofnąć się na czas i uniknąć ciosu.
- Co ty wyprawiasz??? – Spytał zaskoczony Lastera, lecz nie uzyskał odpowiedzi.
Jarik odrzucił pochodnię, chwycił miecz obiema rękami i zaszarżował na niego z okrzykiem wściekłości. Ced uniknął ataku z łatwością. Był on powolny i ociężały. Jaric wpadł na beczkę stojącą pod ścianą warsztatu krawieckiego. Cedric zrozumiał, że nie dogada się z nim po dobroci i sięgnął po swój miecz, po czym… zorientował się, że takowego nie posiada. Zaczął szukać wzrokiem czegokolwiek, czym mógłby się bronić. Zobaczył tylko pogięte deski beczki, którą Jarik właśnie rozwalił. Musiał tylko powtórzyć unik, który wykonał przed chwilą.
Przygotował się na kolejną szarżę, wybrał kierunek uniku. Przeciwnik miał jednak inne plany. Tym razem bez krzyków, z kamienną twarzą, na której wciąż jarzyły się czerwone oczy, zaatakował rozważniej. Zamachnął się raz, drugi, trzeci, jednak Cedric cały czas utrzymywał bezpieczną odległość. W końcu znów zamachnął się z zamiarem obcięcia głowy. Ced czekał na to. Schylił się unikając miecza przeciwnika i uderzył pięścią z całej siły w jego brzuch. Przez zbroję Jarik poczuł niewiele, więc Ced poprawił jeszcze dwa razy kolanem. Tym razem strażnik skulił się i przyklęknął.
- Opamiętaj się! – Powiedział donośnie Cedric, jednocześnie idąc w kierunku roztrzaskanej beczki. Wziął w ręce jej wieko, które było jeszcze całe i postanowił wykorzystać je w charakterze tarczy.
Przez chwilę oceniał swoje szanse. Przeciwnik odziany w zbroję, z mieczem w ręku i sztyletem przy pasie. On uzbrojony w kawałek beczki. Po prostu cudownie, pomyślał.
Jarik znów zaatakował z rozwagą. Ciął kilka razy z dołu i z góry. Cedric wszystkie ciosy parował swoją „tarczą”. Wtedy zobaczył Sarsę wychodzącą na zewnątrz w towarzystwie krawca i jego żony, zapewne zwabionych odgłosami walki. W tym momencie czerwonooki znienacka ciął mieczem z lewej. Cedric wykonał unik, jednak po chwili poczuł coś ciepłego na swojej lewej ręce. Wtedy Jarik zaatakował z góry, tak jakby chciał przeciąć go na pół. Ced zamarkował obronę, po czym puścił jego miecz obok siebie, złapał go lewą ręką, obrócił się i wymierzył przeciwnikowi dwa silne ciosy z prawego łokcia i dokończył jeszcze silniejszym uderzeniem drewnianego wieka od beczki. Jarik padł na ziemię. Cedric wciąż trzymał jego miecz. Obrócił go i chwycił za rękojeść. Było to przeciętnej jakości żelazne ostrze. Lepsze to niż kawałek deski, pomyślał. Jego lewa ręka krwawiła w dwóch miejscach, jednak ból skutecznie tłumiła adrenalina.
Odrzucił „tarczę” i wskazał mieczem Jarika, który właśnie się podnosił.
- Nie chcę cię zabijać. – Powiedział. W jego głosie było słychać lekkie zdenerwowanie. Po chwili zwrócił się do krawca. – Bądź tak miły i sprowadź straż Joachimie.
Brodaty krawiec w szarym fartuchu przez chwilę stał z miną mówiącą „Ale straż jest tutaj!”, jednak opamiętał się szybko i pobiegł za róg. Sarsa i żona krawca wróciły wtedy do warsztatu.
Walka zaczęła się od nowa. Jarik wyciągnął swój sztylet i zaatakował Cedrica. Ten sparował jego atak i wymierzył cios w klatkę. Trafił, jednak miecz tylko zarysował łuski zbroi. Następny cios strażnika był zadziwiająco szybki. Ced poczuł jego ostrze na swojej szyi, które otarło się o skórę i zostawiło małą szramę. Wtedy syn Margrabiego udał, że atakuje bronią, po czym kopnął przeciwnika, i pchnął go mieczem w brzuch. Czuł jak ostrze przebija zbroję i wchodzi głęboko dalej. Jarki mimo tak poważnej rany zrobił niezdarny krok naprzód, złapał Cedrica za ubranie, przyciągnął do siebie i spróbował umieścić sztylet w jego gardle. Jednak robił to tylko jedną ręką. Ced wykorzystał przewagę posiadania dwóch wolnych kończyn chwytając dłoń ze sztyletem i z całych sił przesuwając ją coraz bliżej odsłoniętej szyi przeciwnika. Jarik w pewnym momencie puścił młodego Lastera i drugą ręką próbował zatrzymać zbliżające się ostrze. Było jednak za późno.
Cedric cofnął się kilka kroków ciężko dysząc. Jarik konał właśnie na ulicy z poderżniętym gardłem i mieczem wbitym w brzuch. Spojrzał na swoją pokaleczoną dłoń. Dopiero teraz poczuł mocne pieczenie. Chwycił się za krwawiącą rękę i przysiadł na drewnianym stopniu przy drzwiach do warsztatu. Patrzył na martwego i myślał intensywnie. To nie była zwykła agresja czy wrogość. Cos takiego widział pierwszy raz. I te oczy… oczy bijące wściekłością i krwią. Oczy demona.
Zza rogu wybiegło czterech innych strażników. Za nim otworzyły się drzwi. Sarsa zadawała pytania. Jeden ze strażników podszedł, zadawał pytania. Jak się czujesz? Kto to był? Dlaczego walczyliście? Mnóstwo pytań, na które Cedric nie odpowiedział. Dopiero po kilku chwilach siedzenia w ciszy i zamyśleniu mruknął do Sarsy.
- Lepiej wracajmy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cedric

avatar

Liczba postów : 100
Na forum od : 19/07/2014

PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    Sob 03 Sty 2015, 01:13

Poszukiwania nie okazały się owocne. Mimo wysłania ponad dwóch setek ludzi i potrojenia straży przy bramach, nie udało się znaleźć bladego, zakapturzonego starca. Kaleb domyślał się, dlaczego ojcu tak zależy na jego znalezieniu. Przyjazd Palatyna wymagał dopięcia wszystkiego na ostatni guzik. Taki skandal jak atak strażnika miejskiego na syna Margrabiego nie mógł wyjść na jaw. Przynajmniej nie teraz.
Dzień poprzedzający przybycie ważnych gości, starszy bliźniak spędził na doglądaniu spraw organizacyjnych. Wydał całą masę rozkazów i poleceń. Wszystko musiało być idealne, czyste, uporządkowane, perfekcyjne, zaplanowane i przewidziane. Była to bardzo ważna okazja dla miasta i dla całej rodziny Lastera.
Następnego dnia, kilka godzin po wstaniu słońca, wartownik dostrzegł na horyzoncie konny orszak z Varenkastu.
Tolan był już przygotowany. Wszystkie ważniejsze osobistości stawiły się na głównym placu Ukamen. Margrabia, wraz z małżonką i dziećmi stał dwa kroki przed dwuszeregiem, który utworzyli wszyscy obecni. Oran Hadevar wraz z córką zajęli miejsca za nimi. Tolan i Oran byli równi tytułem, lecz obyczaj nakazywał, aby to pan okolicznych ziem witał znamienitych gości jako pierwszy.
Sam główny plac, zwany Placem Założyciela znajdował się w najbogatszej dzielnicy. Otaczały go domy najbardziej wpływowych ludzi w mieście, które specjalnie na tę okazję zostały ozdobione proporcami z herbem rodu Lastera. Był wyłożony polerowanymi granitowymi blokami, które błyszczały w świetle słońca.
Pierwsi konni wjechali na plac. Byli to rycerze w pełnych zbrojach. Pierwszy trzymał herb rodu Gray przedstawiający srebrną, sześcioramienną gwiazdę na niebieskim tle. Drugim symbolem były cztery czarne wieże na złotawym tle – znak rozpoznawczy Zakonu Batyzjańskiego. Za pierwszą parą wjechało kilkudziesięciu gwardzistów z oboma symbolami, za nimi pojawiły się wóz i bogato zdobiona kareta. Kaleb pierwszy raz w życiu widział tylu rycerzy w jednym miejscu. Tyle pancerzy, tyle mieczy, dziesiątki, setki… po co aż tyle? Nie wystarczyła mała eskorta kilkunasty najbardziej zaufanych ludzi? Nie wystarczyła, Tu chodziło przede wszystkim o zademonstrowanie siły i bogactwa. Nie liczono się z kosztami.
Wóz i kareta zatrzymały się. Z pierwszego wysiadł młody człowiek, zaledwie kilka lat starszy od Kaleba. Twarz Tolana nie wyglądała na zadowoloną, gdy go zobaczył. Spodziewał się swojego starego przyjaciela, z którym prowadził kiedyś nie jedną wojnę i ucztował nie jeden raz. Spodziewał się Reginalda Graya a zobaczył jego syna Sebastiana.
Mimo małego zaskoczenia, wszyscy zgromadzeni przyklęknęli na prawe kolano. Nawet synowi Palatyna trzeba było oddać należny szacunek.
Chudy ciemnowłosy młodzieniec podszedł do klęczącego Tolana i ręka pokazał, że można już zakończyć oficjalny rytuał powitania.
- Wielki Panie. – Powiedział Tolan. Do wszystkich Palatynów należało się zwracać „Wielki Panie”, do Margrabiów zaś „Panie” lub po prostu „Margrabio”. Cesarz miał najdłuższy tytuł, brzmiący „Wasza Cesarska Mość”.
- Margrabio. – Odpowiedział Sebastian. Rozejrzał się po okolicy obracając powoli głowę. – Ładne to Ukamen. Ojciec dobrze mi je opisał.
Tolan chciał już zapytać o Reginalda, lecz wtedy z karety wyszedł starszy, lekko zgarbiony człowiek w białej szacie ze złotymi ornamentami. Jego twarz przypominała powierzchnię kanionu. Pokryta niezliczonymi wąwozami i rowami rysowanymi przez czas. Był to Arcydrakon, który na co dzień rezydował w Katedrze Varenkastu. Wspólnie z Palatynem byli najważniejszymi i najbardziej wpływowymi ludźmi Cesarstwa na wschód od Eimelu. A teraz znajdowali się w prowincjonalnym miasteczku Ukamen, gdzieś w jakiejś biednej marchii jakiegoś mało znaczącego Margrabiego.
- Eminencjo. – Tolan złożył idealny pałacowy pokłon, kapłan odpowiedział lekkim skinieniem głowy. – Wszystko przygotowane do uświęcenia. Nasz Drakon czeka na instrukcje.
Spomiędzy ludzi wyszedł kapłan pełniący obowiązki Drakona Ukamen. Podszedł do starca, wziął go pod ramię i wraz z kilkoma Batyzjanami poprowadził w stronę świątyni, w której za kilkadziesiąt minut miała rozpocząć się uroczystość uświęcenia i pobłogosławienia miasta. Religia była w Cesarstwie Pelavenu niezwykle ważna. Obecny Cesarz ustanowił prawa, dzięki którym zakon zdobył ogromną swobodę działania. Obrzędy religijne były zawsze na pierwszym miejscu.
- Jestem wam winien małe wyjaśnienie. – Odezwał się Sebastian po tym jak Arcydrakon się oddalił. – W liście było napisane, że przyjedzie mój ojciec… jednak zatrzymała go poważna choroba.
- Żadna choroba nie pokona Reginalda. To człowiek ze stali. – Odparł Tolan z niezwykłą pewnością w głosie. Musiał naprawdę dobrze znać Palatyna.
Sebastian uśmiechnął się smutno.
- Cieszy mnie twój entuzjazm Margrabio, choć sam go nie podzielam.
Kaleb uświadomił sobie wtedy, że kiedyś znajdzie się w tej samej sytuacji. Każdy kiedyś umrze a syn musi bez względu na wszystko kontynuować dzieło ojca. Poczuł coś w rodzaju współczucia do Sebastiana. Jego ojciec był Palatynem. Kimś znacznie ważniejszym niż Margrabia. Przejęcie takiego brzemienia nie mogło być łatwe.
Coraz więcej rycerzy przybywało na plac i zsiadało z koni. Widząc ich, Kaleb nie dziwił się dlaczego Cesarstwo Pelavenu to najpotężniejsze imperium kontynentu.
Gdy Tolan zaprosił Sebastiana i jego świtę do pałacu, starszy bliźniak zauważył, że młodszy gdzieś zniknął. Jak zwykle, pomyślał Kaleb. Gdy jest potrzebny nigdy go nie ma.
Zatrzymał matkę, która zmierzała za Tolanem.
- Nie widziałaś gdzieś Cedrica mamo?
Esmeralda poszukała wzrokiem swojego drugiego syna a gdy go nie odnalazła spojrzała na Kaleba i powiedziała spokojnie.
- Jeśli nie ma go z nami to są tylko dwa miejsca, w których może teraz przebywać. – Jej głos brzmiał tak jakby wcale nie dziwiła się nieobecnością syna. – Pałacowa biblioteka… albo gospoda, w której pracuje Teresa.
Matka znów udowodniła, że bardzo dobrze zna swoje dzieci. Wiedziała o ich przyzwyczajeniach i upodobaniach jak nikt inny. Cedric rzeczywiście większość czasu wolnego spędzał albo na czytaniu starych ksiąg albo na romansowaniu z miejscowymi dziewczynami. Był zupełnym przeciwieństwem brata.
- Poszukaj go i sprowadź na obrzęd namaszczenia świątyni. Nie musi się zjawiać w pałacu. Ale jeśli nie będzie go na obrzędzie, ojciec obedrze go ze skóry.
- Nie obedrze. Ty go obronisz.
- Jak zawsze. – Odparła Esmeralda z uśmiechem. – No, idź już. Poszukaj brata.
Przez chwilę wahał się czy jednak nie powinien być teraz z ojcem. Poszedł jednak po brata chcąc uchronić go przed zapewne najgorszą karą, jaką czekałaby go za opuszczenie tak ważnej uroczystości. Skierował się do Gospody pod Gryfim Skrzydłem sądząc, że jest to najbardziej prawdopodobne miejsce pobytu Cedrica.
Poza główną ulicą i Placem Założyciela Ukamen funkcjonowało tego dnia tak samo jak zawsze. Targowisko jak zwykle przed południem było zapełnione po brzegi. Z warsztatów dobiegały rytmiczne odgłosy pracy. Ulicą Rzemieślniczą jechał właśnie wóz z transportem żelaza do jednej z miejscowych kuźni. Kaleb kroczył między ludźmi w swoim szykownym stroju reprezentacyjnym z mieczem przy lewym boku.
Nie pomylił się, co do swojego brata. Cedric właśnie wychodził z gospody. Kaleb widział jak całuje Teresę na pożegnanie. Podszedł bliżej.
- Kaleb. – Ced zauważył brata. – Skąd wiedziałeś gdzie mnie znaleźć?
- Nie było trudno zgadnąć.
- Pewnie ojciec cię wysłał.
- Przyszedłem sam. Nie było cię z nami podczas powitania Palatyna.
- Ach, to już? – Odpowiedział Ced bardzo dobrze udając zdziwienie. – Myślałem, że jeszcze zdążę. – Spojrzał na Teresę z uśmiechem. Dziewczyna to odwzajemniła i wróciła do gospody.
- Nie możesz się spotykać z dziewczyną z gminu. Wiesz co ojciec o tym myśli. – Kaleb starał się to powiedzieć najdelikatniej jak się dało. Nie chciał brata zdenerwować.
Cedric się zdenerwował.
- Myśli że szlachetnie urodzonemu nie przystoi przebywanie wśród prostaczków, nie przystoi żeniaczka z córką karczmarza, nie przystoi granie w kości z chłopami z podgrodzia. Powtarzał mi to tysiące razy. Nie musisz robić tego za niego.
- Tak wiem, wiem… masz gdzieś jego zdanie. – Starszy bliźniak westchnął i spuścił głowę. W tym czasie Ced ruszył w głąb miasta. Kaleb dogonił go i powiedział. – Musimy stawić się na uświęceniu.
- Bo inaczej ojciec obedrze mnie ze skóry? – Odparł Ced żartobliwie.
- I poćwiartuje, spali na stosie a twoje prochy wrzuci do Eimelu.
Roześmiali się oboje. Przez dłuższą chwilę szli między budynkami z uśmiechami na twarzach. Gdy wychodzili na Ulicę Rzemieślniczą Kaleb zobaczył na ręce brata dziwny przedmiot.
- Co to takiego?
- Osłona na przedramię. Idealnie zakrywa bandaże. – Cedric wyciągnął lewą rękę przed siebie i spojrzał na nietypową część zbroi. Była wykonana z połyskującej, nietypowo uformowanej stali. W środku znajdował się szkarłatny, nieoszlifowany kamień migoczący lekkim, niemal niezauważalnym światłem. - Dostałem od Teresy.
- A skąd córka oberżysty miała pieniądze na coś takiego? – Spytał Kaleb. Coś takiego musiało kosztować sporo srebra albo nawet kilka złotych. I jeszcze ten dziwny klejnot.
- Powiedziała, że jakaś kobieta zapłaciła tym za strawę i nocleg.
- Za pieniądze z jego sprzedaży mogłaby kupić sobie na własność chłopską chatę. Nie musiałaby nocować w gospodzie. – Odparł Kaleb lekko zdziwiony.
- Ludzkie umysły są naprawdę niepojęte. – Ced rzucił cytat z księgi, którą czytał niedawno.
- Czym jej odpłaciłeś?
- Komu?
- No Teresie. – Odrzekł Kaleb. – Nie wypada przyjmować prezentu od damy nie dając czegoś w zamian.
- Oczywiście, że nie wypada, dlatego… pożyczyłem od Soph ładny naszyjnik z różową perłą.
- Pożyczyłeś… - Starszy bliźniak westchnął i przeczesał dłonią swoje czarne włosy.
- Sophia ma ich kilka. Nie zauważy straty jednego.
Znów roześmiali się obaj. Podchodzili do swojej młodszej siostry z dystansem, nie wiedząc, że dla niej może być to naprawdę poważna sprawa.
Resztę drogi do świątyni przebyli w ciszy i zamyśleniu. Drogą Świątynną zbliżali się do celu. Oboje w szykownych strojach, z mieczami przy pasach. Ludzie rozpoznawali ich z miejsca a w szczególności Cedrica, który przebywał w mieście znacznie częściej od reszty rodzeństwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Kawałek pierwszego rozdziału    

Powrót do góry Go down
 
Kawałek pierwszego rozdziału
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Supernatural PBF :: Offtop :: Offtop-
Skocz do: